Jednodniowe wycieczki w Karkonosze z dziećmi to świetny pomysł na spędzenie wolnego dnia w aktywny sposób, zwłaszcza w czasie pandemii. Mamy okazję do rozruszania kości, zobaczenia pięknych krajobrazów i zdobycia szczytów, z których najbardziej znana i popularna jest Śnieżka. Mieszkamy stosunkowo blisko gór, więc nic dziwnego, że i my z naszymi dzieciakami i znajomymi
Z Hali Gąsienicowej kierujemy się żółto czarnym szlakiem, który prowadzi w stronę Kasprowego Wierchu i Świnickiej Przełęczy. Po kilku minutach wędrówki docieramy do rozwidlenia i skręcamy w lewo, zgodnie z czarnymi znakami. Z tego miejsca na Świnicką Przełęcz czeka nas około godzina i piętnaście minut wędrówki.
Na szczycie Śnieżki znajduje się barokowa Kaplica św. Wawrzyńca oraz słynne obserwatorium meteorologiczne. Trasa na Śnieżkę jest dość stroma, miejscami może być ślisko. Nie nadaje się na podjazd wózkiem. Jednak na spacer z dziećmi już tak. Trzeba jednak pamiętać o tym, że Śnieżka znana jest z gwałtownie zmieniających
Wejście na górę z dzieckiem. Siadamy na ławkach pod 7-metrowym krzyżem, cały czas widząc, jak przychodzą kolejni turyści. Spędzamy na szczycie kilkanaście minut, bo przepiękne krajobrazy nie pozwalają opuścić tego miejsca, ale kiedyś trzeba się zdecydować na zejście. Schodzimy tym samym szlakiem do Wołosatego.
.
{{name=partgallery id=4 controller=karkonosze_attractions photos=38}} Śnieżka (1602 m npm) – jest symbolem zarówno Karpacza jak i Karkonoszy. Góruje nad Karpaczem (200 m ponad Równię pod Śnieżką), to graniczny szczyt, wchodzi w skład szczytów Korony Gór Polskich i jest najbardziej charakterystycznym szczytem w Karkonoszach. Niemcy zwą tę górę Schneekoppe a Czesi Sněžka. Jak dojść na Śnieżkę? Kilka szlaków, którymi na pewno można dotrzeć na sam od najtrudniejszego, czyli czarnego. Jest to wejście zaczynające się w Karpaczu przy dolnej bazie wyciągu na Małą Kopę przez Biały Jar. Jest to najkrótsza droga, jednak mało atrakcyjna, ponieważ widoczność jest ograniczona, a podejście strome i monotonne: czas wejścia to około 2,5 h, czas zejścia to około 1, 45 h, suma podejść wynosi 820 m, długość to około 5,9 km. Kolejny jest szlak czerwony, który prowadzi spod parkingu pod hotelem Orlinek przez Dolinę Łomniczki. Jest to bardzo ciekawy szlak. Wejściu towarzyszą piekne widoki. Odcinek od Orlika do Schroniska nad Łomniczką jest bardzo łagodny i spacerowy. Potem natomiast zaczyna się trochę cięższa droga, która jest stroma, wąska, a po deszczu może być śliska, więc trzeba być ostrożnym. UWAGA: zimą, od Schroniska nad Łomniczką do Domu Śląskiego szlak jest niestety zamknięty z powodu zagrożenia lawinowego: czas wejścia to około 3 h, czas zejścia to około 2,5 h, suma podejść wynosi 810 m, długość to około 6,7 km. I dwa ostatnie i najłatwiejsze szlaki to zielony i żółty od strony czeskiego Pec pod Sněžkou. W pobliżu znajdują się również parking Zelený potok, cena za jeden dzień to maksymalnie 125 koron czeskich, latem ciężko znaleźć tam wolne miejsce. Podejście jest dosyć łagodne, przez całą droge przeplatają się jedynie zółty i zielony szlak. Widoki bardzo po drodze bardzo korzystne. Zimą podejście znacznie ułatwią raki lub raczki: czas wejścia to około 3,5 h, czas zejścia to około 2,5 h, suma podejść wynosi 800 m, długość to około 6,2 km. Dla tych, którzy chcą szybko i łatwo dotrzeć na szczyt - kolejka gondolowa lub wyciąg! Kolejka gondolowa: przejazd od czeskiego Pec pod Sněžkou do podnóża Śnieżki, codziennie od godz. do godz. ( - do godz. odcinek na Śnieżkę czynny w zależności od pogody, czas trwania podróży to 30 minut, wyciąg działa cały rok z wyjątkiem kwietnia i listopada oraz dni z wietrzną pogodą, odległość od parkingu: samochody osobowe 100 - 600 m, autobusy 700 mcena: samochody osobowe 25 CZK/ godz., autobusy 200 CZK/ dzień cennik biletów:wjazd:normalny - 230 koron,młodzież i osoby starsze - 210 koron,dzieci 5 – 10 lat - 110 koron,dzieci do 4 lat gratis,grupy szkolne (min. 20 osób) - 150 koron,grupy zorganizowane (min 20 osób) - 210 koron,wjazd i zjazd:normalny - 430 koron,młodzież i osoby starsze - 390 koron,dzieci 5 – 10 lat - 210 koron,dzieci do 4 lat gratis, grupy szkolne (min. 20 osób) - 280 koron,grupy zorganizowane (min 20 osób) - 390 koron, trzeba pamiętać o ciepłych ubraniach niezależnie od pogody na dole, często pojawia się bardzo duża różnica temperatury. AUTOBUS Karpacz - Pec pod ŚnieżkąAutobus Karpacz - Pec pod Śnieżką - Karpacz. W sezonie zimowym oraz letnim codziennie, poza sezonem w weekend. Bilet w dwie strony: 30 zł, bilet w jedną stronę: 19 zł. Sprawdź komfortowe noclegi w KarpaczuKolej linowa ZBYSZEK: Kolej linowa ZBYSZEK wwozi turystów i narciarzy z Karpacza na szczyt Kopy (1377m - nie dociera bezpośrednio na szczyt Śnieżki. Trasę o długości 2281 m czteroosobowe krzesełka pokonują w 8 minut. przejazd wyciągiem na Kopę (1375 m spod Białego Jaru, stamtąd można już szybko przejść spacerkiem do Domu Śląskiego i na Śnieżkę, czynna od godziny do czas trwania podróży to 8 minut, po drodze turyści mijają również schronisko PTTK Dom Śląski, cennik biletów: wjazd: normalny 50 zł,ulgowy* 30 zł,wjazd i zjazd:normalny 55 zł,ulgowy* 35 zł,zjazd:normalny 25 zł, ulgowy* 25 zł, *Zakup biletu ulgowego przysługuje młodzieży szkolnej do lat 18 po okazaniu ważnej legitymacji szkolnej. {{name=partgallery id=4 controller=karkonosze_attractions photos=49-52}}Zobacz także: SZKLARSKA PORĘBA ATRAKCJE Na Śnieżce Pierwsze schronisko na Śnieżce wybudowano w poł. XIX-tego wieku. Budynki, jakie możemy podziwiać dzisiaj, powstały niedawno - w latach: 1967-76. Specyficzne „dyski” – mieszczą Obserwatorium Meteorologiczne im. Tadeusza Hołdysa, magazyny, zaplecze techniczne oraz bar. Nie ma tutaj części noclegowej, pomimo tego można się choć rozgrzać zimą. Najbliżej położone schronisko, w którym można nocować znajduje się poniżej, u podnóża Śnieżki – to Schronisko Dom Śląski. Analizując obserwacje z Obserwatorium Meteorologicznego wiemy, że Śnieżka to niebywale wietrzne miejsce. Najwyższa prędkość wiatru (mierzona przez minimum 10 min.) przekroczyła 65 m/s, czyli przeszło 230 km/h, a porywy wiatru zbliżają się do 300 km/h. Do tego, to wyjątkowo chłodne miejsce - średnia temperatura w roku ledwo wykracza ponad 0 stopni Celsjusza. Dni ze średnia temperaturą w ciągu doby powyżej +5 °C występują tylko przez około 100 dni w roku (2 VI do 15 IX). Tu praktycznie nie występują dni ze średniodobową temperaturą przekraczającą +10 °C. Na Śnieżce znajduje się także kaplica pod wezwaniem Św. Wawrzyńca – patrona przewodników górskich. Pochodzi ona z XVII-tego w. Otwarto ją w 1681 r. i od tego momentu rozwijał się ruch pielgrzymkowy i turystyczny na Śnieżkę. Po czeskiej stronie, na Śnieżce stoi budynek poczty. Wybudowano go w 2007 roku w miejscu nieużywanego od lat 80. XX-tego stulecia czeskiego schroniska. Jest tu także stacja końcowa kolei gondolowej prowadzącej z turystycznego, czeskiego miasta Pec pod Sněžkou. Na Śnieżce nie ma żadnego wyciągu z Polski, najbliższy wyciąg ma górną stację na pobliskiej Kopie.{{name=partgallery id=4 controller=karkonosze_attractions photos=17-8}} Jeżeli szukacie noclegu w górach zapraszamy do zapoznania się z ofertami noclgowymi: aktualizacja – luty 2020. Za zmiany w powyższych danych redakcja portalu nie odpowiada. Wejście na Śnieżkę Śnieżka Pobliskie atrakcje: Powiązane wycieczki:
Witajcie heeeeej ! Tytuł trochę z przymrużeniem oka, ale przecież do Zakopanego nie przyjeżdża się zawsze od zawsze, tylko na szczęście jest całe mnóstwo osób, którzy ze stolicą Tatr mają swój pierwszy raz. A jeżeli tak, to prędzej czy później pokusi Was "zdobycie" Kasprowego Wierchu. Pytanie jakie pewnie się pojawi -> kolejka czy nogi ? Jeżeli nie jesteście wprawieni w bojach, kondycja pozostała na domowym fotelu i jesteście wysokogórskimi bardziej niż amatorami to nie zastanawiajcie się tylko wybierajcie kolejkę linową w Kuźnicach. Dolna stacja kolejki linowej na Kasprowy Wierch w Kuźnicach. Marzenie każdego, czyli dojście do kasy. Aby nie było totalnie prosto pod dolną stację kolei linowej w Kuźnicach nie da się dojechać własnym samochodem (naszym zdaniem to akurat dobrze). Opcji jest kilka, które wydają się optymalne (raczej nie męczmy koni, szczególnie w upalne letnie dni). Pierwsza to busy z centrum Zakopanego (ot chociażby spod dworca) z napisem Kuźnice, które jeżdżą często i regularnie. To najlepsza opcja dla poruszających się po centrum Zakopanego pieszo, którzy nie chcą pieszo iść aż do Kuźnic. Opcja druga dla zmotoryzowanych - tak jak wspomnieliśmy autem nie podjedziemy więc trzeba je gdzieś zostawić. Polecamy wariant parkowania za 22,90 cały dzień wzdłuż ulicy Bronisława Czecha (to ta którą dojedziecie spod skoczni w kierunku Nosala). Jeżeli uda się zaparkować (kto pierwszy ten lepszy) to mamy do wyboru wsiąść do busa przy rondzie Jana Pawła II i zapłacić za podjazd 3 zł od osoby lub wsiąść do taksówki busa przed rondem i zapłacić 5 zł od osoby. Jest jeszcze trzeci sposób, czyli podejście do kolejki od ronda na piechotę. Sprawnie maszerując dojdziemy w 40 - 45 minut (niby to nieco ponad 2 kilometry, ale pod górkę). No i jesteśmy. Jeżeli dotarłeś pod dolną stację i nie widzisz kolejki do kasy, to prawdopodobnie jest godzina 22:00 lub deszczowy listopadowy dzień lub jest to ten jeden tydzień w roku w maju, gdy kolej linowa jest w konserwacji. Mniejsza lub większa kolejka jest zawsze. W szczytowych sezonach może się okazać, że w kolejce do kasy trzeba odstać kilka godzin. Kolejka do kolejki na Kasprowy Wierch może być naprawdę długa. Tutaj zaczynają się prawdziwe szachy. Strategii na pokonanie kolejki jest kilka. Z pewnością spotkacie tzw. koników, którzy za ok. dwukrotność ceny biletu zaproponują Wam kupienie biletu od nich bez stania w kolejce. Można ? Można... Jedną z opcji - tańszą - jest zakup biletu z rezerwacją godziny wejścia przez internet. To daje ten komfort, iż wchodzimy na peron bocznym wejściem z pominięciem kolejki do kasy, tyle że jesteśmy przywiązani do konkretnej godziny. Są jeszcze na terenie Zakopanego (np. na Krupówkach) automatyczne kasy biletowe, w których również można kupić bilety. No i największy hardcore, czyli kolejka do kasy w Kuźnicach. Dzisiaj (poza sezonem) staliśmy w kolejce od dolnych schodów do kasy ponad 2 godziny. Ma to swoje plusy ... można na spokojnie zjeść lody, poopalać się stojąc, poznać ciekawych ludzi z ekipy kolejkowiczów, posłuchać różnych rad życiowych czy też czarnego humoru związanego ze staniem w owej kolejce. Dlaczego zatem tyle się w niej stoi, mimo że uruchomione są dwa okienka kasowe a wagon zabiera 30 osób na górę co 10 minut ? Ano dlatego, że do jednego wagonika w sezonie letnim zabierają wspomniane 30 osób (dlaczego w sezonie zimowym mogą zabierać 60 osób ? nie wiem.) i rozkłada się to tak, że 10 osób wchodzi z kolejki klasycznej, a 20 osób jest uprzywilejowanych z powodu posiadania różnych rezerwacji, które nabyli wcześniej i chyba właśnie za to PLK wychodzi im na przeciw. Do tego kolonie, grupy zorganizowane i robi się długie kiblowanie pod słońcem. Masakra. I nie łagodzi tego miły głos Karpiela Bułecki, który przez głośniki słusznie opowiada nam o tym żeby nie śmiecić i nie schodzić z wyznaczonych szlaków. Ale przyjęliśmy to dzielnie na klatę i przyjechał upragniony wagonik. W wagoniku również towarzyszy nam głos wokalisty Future Folk opowiadając nam o tym co widzimy z okien wagonika, oraz wyjaśniając dlaczego w połowie drogi trzeba się przesiadać do innego wagonika. (wiedzieliście ?). Na samej górze w sklepie Kasprowego Wierchu można kupić płytę Future Folk z autografem. Taki bonus. Jedziemy zatem na szczyt... Widok z wagonika kolejki linowej na Kasprowy Wierch. W dole stacja Kuźnice. Tatrzański Park Narodowy z okienka kolejki na Kasprowy Wierch Widoki są oczywiście przepiękne (pod warunkiem, że jest odpowiednia pogoda). Podróż kolejką trwa 15 minut. Odpowiednio wcześniej warto zajrzeć na stronę by sprawdzić pogodę jaka nas czeka na Kasprowym (a może się znacznie różnić od tego co w centrum Zakopanego widzimy i czujemy). Żeby nie być Januszem ubierzmy wygodne buty (nie muszą być to profesjonalne buty trekkingowe) no chyba, że planujemy wjechać, coś zjeść, zrobić pstryk i powrót. Ale jeżeli już chcemy przejść chociażby 100 metrów czerwonym szlakiem na Świnicę aby choć trochę zmienić sobie perspektywę to przynajmniej adidaski jakieś warto mieć na stopach. Po kamieniach się idzie, ot co. Jeżeli kupiliśmy bilet w dwie strony, to na przebywanie na górze mamy 1 godzinę i 40 minut po czym musimy wracać (godzina powrotu figuruje na bilecie). To wystarczy aby spacerkiem faktycznie pójść sobie kawałek czerwonym szlakiem. Po co ? Ot chociażby dla takich widoków. Fragment czerwonego szlaku z Kasprowego na Świnicę Widok ze szlaku na Świnicę na górną stację kolejki linowej na Kasprowym Wierchu Takie widoki gwarantuje nam dobra pogoda na Kasprowym z pobliskiego czerwonego szlaku Czerwony szlak na Świnicę. Fragment do przejścia podczas pobytu na Kasprowym Jak widzicie jest w tym wszystkim sens :-) a walory estetyczne najwyższej klasy. Do zakochania od pierwszego wejrzenia. Od razu chce się iść dalej i dalej i dalej... a tu zbliża się czas wagonika powrotnego (chyba, że ktoś chce zejść pieszo - sporo osób wybiera ten wariant). Oczywiście punktem obowiązkowym jest wizyta w najwyżej położonej restauracji w Polsce. Jest ona zlokalizowana w budynku z peronem kolejki. Na poziomie -1 mamy toalety (bezpłatne !), na poziomie 0 kasę i salę jadalną, i jeszcze możemy wejść na +1 gdzie również mamy stoliki. Najwyżej położona restauracja w Polsce na Kasprowym Wierchu W restauracji pachnie dobrą kuchnią. Na ladzie wyłożone są apetycznie wyglądające ciasta (szarlotki, serniki, itp.) Jedzenie kupuje się na wagę. 100 gram kosztuje 6,50 zł (czerwiec 2019) więc ani mało, ani dużo. My wciągnęliśmy na spółkę talerz frytek i do tego klopsiki plus mały browarek. Zapłaciliśmy niecałe 40 zł. Chyba na Krupówkach taniej nie jest więc spoko, tym bardziej że smacznie. Nadszedł czas powrotu. Kolejka do kolejki nieduża. Na górnej stacji nie ma już podziału na priorytety. Wszyscy po kolei wchodzą na peron. Można jeszcze przed powrotem zahaczyć o sklep z pamiątkami, ubraniami, gadżetami z Kasprowego. Bardzo dobrej jakości rzeczy w przyzwoitych cenach. Przykładowo za naprawdę fajną bluzę trzeba zapłacić 169 zł. To dobra cena. Made in Poland of kors. Nie chińszczyzna. I koniec wycieczki Proszę Państwa ;-) Po zjechaniu na dół w zależności od wcześniej wybranej opcji dotarcia idziemy lub jedziemy do ronda Jana Pawła II i dalej... Według nas atrakcja na wielki plus. Każdy powinien koniecznie tam wjechać, nawet gdy nie ma smykałki do chodzenia po górach. Kasprowy może sprawić, że bardzo Wam się zachce. Naprawdę. Mamy nadzieję, że trochę pomogliśmy zaplanować fajny dzień. Lajkujcie, udostępniajcie :-) Pozdrawiamy serdecznie, Cepry w Zakopanem Follow my blog with Bloglovin
Zastanawiacie się, czy warto iść z dziećmi w góry? Od czego zacząć? Które szlaki tatrzańskie będą dla nich odpowiednie? Nasze dzieci – 7-letnia Kalina i 10-letni Maciek zaczęli swoją przygodę z Tatrami od wejścia na Nosal i Wielki Kopieniec. Tego samego dnia! Pamiętacie pierwszy szczyt, który w życiu zdobyliście? Ja pamiętam. Było lato, druga połowa lat 80-tych, skończylam właśnie pierwszą klasę podstawówki i wyjechałam na pierwsze w życiu kolonie. Oprócz spacerów po okolicy i spływu Dunajcem, kadra zafundowała nam jedną bardziej ambitną wycieczkę: weszliśmy na Sokolicę. Do dziś pamiętam zmęczenie pomieszane z satysfakcją towarzyszące odpoczynkowi na górze. Pamiętam też, że następnego dnia wysłałam do rodziców kartkę, w której napisałam, że zdobyłam szczyt – nazwałam go szczytem moich możliwości. Potem w góry zaczęłam jeździć regularnie, po kilka razy w roku jeździłam w Bieszczady, Beskidy i Góry Świętokrzyskie, ale o ile dobrze pamiętam, wtedy na koloniach, wspinając się na tę moją pierwszą górę, zastanawiałam się za jakie grzechy, i obiecywałam sobie, że nigdy więcej, żadnych gór! Po co ludzie sobie to robią? Mniej więcej to samo usłyszałam ponad 30 lat później, towarzysząc Maćkowi i Kalinie w zdobywaniu ich pierwszego szczytu: Nosala. Widoki ze szlaku na Nosal Jadąc do Zakopanego wiedzieliśmy, że chcemy połazić po górach. Nie znamy zbyt dobrze Tatr, więc nie do końca byliśmy pewni, które szlaki będą nadawały się do wędrówki z dziećmi. Wiedzieliśmy za to, że doliny nam nie wystarczą, że chcemy pokazać dzieciakom świat widziany z góry. Przejrzeliśmy przewodniki, popatrzyliśmy na mapę, zerknęliśmy na blogi znajomych (specjalne podziękowania należą się tu specjalistom od Tatr – Kasi i Markowi z bloga Kasai), i zdecydowaliśmy, że na pierwszy ogień pójdzie Nosal. Nosal – pechowa góra Kiedyś Nosal był górą obleganą nie tylko latem, ale i zimą. Narciarska trasa powstała tutaj już w latach 50-tych i przez ponad pół wieku była najtrudniejszą trasą w Polsce – jedyną na której rozegrano Puchar Świata w narciarstwie alpejskim mężczyzn (w 1974 roku, więc nawet najstarsi górale mogą mieć problem, żeby to sobie przypomnieć). Paweł, jako jedyne dwie z ośmiu stóp miał nawet szansę zjechać z Nosala, tak mniej więcej pod koniec zeszłego wieku (jest jeszcze paru górali, którzy to mogą pamiętać). On w sumie wolałby o tym zapomnieć. Było to trzeciego czy czwartego dnia nauki jazdy na nartach. Nosal był cały oblodzony i tylko co kawałek wytworzyły się półki śnieżne, na których dawało się zahamować. Paweł umiał już co prawda po tych kilku dniach zakręcać, ale tylko w jedną stronę. Skończyło się zjazdem bardziej na tyłku niż na nartach, co w sumie, z perspektywy czasu, wydaje się dość zabawne. W dodatku przez oblodzenie i duże nachylenie stoku poszło całkiem szybko i sprawnie. Pawłowi jednak wtedy nie było do śmiechu i pod nosem przeklął tę górę. Jak się okazało skutecznie. Skomplikowana sytuacja prawna stoku (dół jest prywatny, góra leży już w Tatrzańskim Parku Narodowym a wyciąg jest w rękach Centralnego Ośrodka Sportu) spowodowała, że kompleks nie był remontowany i stopniowo popadał w ruinę. W końcu zamknięto go dla narciarzy w 2012 roku. Od tego czasu można jeździć tylko po oślich łączkach u podnóża stoku. Jako hamulcowego zmian wskazywano głównie na parkowych strażników. Mieli oni sprzeciwiać się koniecznym inwestycjom, co wiązałoby się choćby z wycinką drzew czy montażem urządzeń do naśnieżania. Ci twierdzili, że nie są przeciwko narciarzom, tylko chcą „dobrze ocenić tę kwestię”. Pod koniec 2018 roku w końcu dano zielone światło na zmiany i o ile wszyscy zainteresowani się dogadają (a życie pokazuje, że na Podhalu to jeszcze trudniejsze niż w innych częściach Polski), to niedługo narciarze wrócą na szczyt Nosala. A tak pozostaje nam letnia wędrówka po szlaku. Szlak na szczyt Nosala, co było dla nas trochę zaskoczeniem, przechodzi tuż obok nieczynnego wyciągu krzesełkowego. Dziesiątki tysięcy turystów przechodzą ledwie 30 metrów od urządzeń, które już od prawie 10 lat niszczeją na szczycie góry. Trudno je jednak dostrzec za linią drzew, a do schodzenia ze szlaków w Tatrzańskim Parku Narodowym nie zachęcamy. Nosal – gdzie zajrzeć przed wejściem na szlak? Nosal tym bardziej musiał się znaleźć na naszej liście szczytów do zdobycia, iż nasze mieszkanko od Golden Vacation Club było reklamowane jako apartament z widokiem na Nosal, a skoro górę mieliśmy za oknem, to nie mogliśmy przecież jej odpuścić. Poza tym Nosal to naprawdę łatwy szczyt, który oferuje piękne widoki Tatr. Dodatkowo początek szlaku jest w odległości spaceru od większości popularnych dzielnic Zakopanego. Odpada więc stanie w korkach, czy wydawanie pieniędzy na busy albo parking. Z naszego mieszkanka na Pardałówce wyszliśmy koło godz. 10. Pogoda była piękna, więc na piechotę doszliśmy do początku szlaku na końcu Bulwarów Słowackiego niedaleko Murowanicy. Te 2 kilometry przez miasto były dobrą rozgrzewką przed tym, co miało nas czekać. Dodatkowo rozpaliło w nas potrzebę ucieczki w góry. Zakopane w sezonie o tej porze staje bowiem w korkach. Zewsząd ciągną sznury samochodów, a na chodnikach na drodze do Kuźnic ustawiają się naganiacze ściągający kierowców na parkingi, zarzucający przy okazji piechurów ofertą nie do odrzucenia – podwózki busikiem pod kolejkę na Kasprowy Wierch (całe 1,5 km). Ten piękny krajobraz kulturowy tak nas zmotywował, że darowaliśmy sobie wizytę przy Tamie pod Nosalem powstrzymującej wody potoku Bystra oraz spacer po zespole dworsko-parkowym im. hrabiego Władysława Zamojskiego, w którym znajduje się główna siedziba Tatrzańskiego Parku Narodowego. Rozważaliśmy jeszcze powrót w tę okolicę w inny dzień, ale niestety nie zdążyliśmy. A szkoda, bo w Kuźnicach za darmo można nie tylko pospacerować po parku, ale też zobaczyć dwie wystawy. Jedna to kolekcja wypchanych zwierząt Antoniego Kocyana, druga poświęcona jest rodzinie Zamoyskich i historii ich związków z Zakopanem. Wstęp na obie jest bezpłatny. Nieco dalej w Kuźnicach jest też bacówka Andrzeja Staszla „Furtka”. Podobno wyrabia on jedne z najlepszych oscypków w Zakopanem i okolicach. Cóż – nas wzywały góry, zajrzymy kolejnym razem. Nosal – rodzinny szczyt na pierwsze wspinanie Tuż za wejściem na szlak i budką Tatrzańskiego Parku Narodowego (jednorazowy bilet do Parku: 5/2,5 zł (normalny/ulgowy), zaczęło się strome podejście. Wspinając się po kamieniach i korzeniach raz po raz słyszeliśmy od dzieci: „Mama, poczekaj!”, „Nie mam siły”, „Nie idę dalej, wracamy!”, „Nie dam rady, daleko jeszcze?” a także kilka zdań na temat sensowności górskich wędrówek. Zwłaszcza Kaliny nie były w stanie przekonać piękne widoki, towarzyszące nam prawie przez całą drogę, ani to, że wśród otaczających nas tłumów, było sporo dzieciaków młodszych od niej, nawet – na oko – 4-letnich. Szczęśliwie w całym tym narzekaniu więcej było chęci narobienia hałasu niż faktycznego braku sił. Już po mniej więcej 45 minutach – według strzałki na dole droga na szczyt zajmuje 50 minut – byliśmy u celu, na wysokości 1206 m Nie było łatwo zdobyć wygodne miejsce z widokiem. Nosal mimo stromego podejścia, jest stosunkowo łatwy do zdobycia, stąd jego popularność także wśród rodzin z dziećmi, a co za tym idzie, tłumy na szlaku i na samej górze. Szlak ma kilometr długości, a różnica wysokości to 250 metrów. Do płaskich więc nie należy, ale w sumie to bardzo optymalna dawka wysiłku dla ambitnych mniejszych lub już trochę zmęczonych życiem i wychowaniem potomstwa większych piechurów. I tak, gdy w końcu udało nam się usiąść, napić zimnej wody i rozejrzeć wokół, w oczach Maćka i Kaliny dostrzegliśmy błysk – połączenie zmęczenia z dumą i z zachwytem tym, co widzą. Wiedzieliśmy już, że wracać będziemy dłuższą drogą, i że nasza pierwsza rodzinna wycieczka w góry na pewno nie będzie ostatnią. Entuzjazm 1206! Nosal – gdzie ruszyć po zdobyciu szczytu? Nasz wstępny plan zakładał powrót przez Jaszczurówkę, lub, jeśli nie dopisałaby pogoda (albo humory), do Kuźnic. Jednak po dość stromym zejściu na Nosalową Przełęcz, widząc dzieci w znakomitych humorach i prawie bezchmurne niebo zdecydowaliśmy, że idziemy jak najdalej, póki starczy nam sił i zapału. Pozostaliśmy więc na zielonym szlaku, z którego na Nosalowej Przełęczy skręciliśmy na żółty szlak w stronę Polany Olczyskiej, gdzie ze szczytu Nosala dotarliśmy po mniej więcej 30 minutach przyjemnego spaceru. No dobrze, tuż szczytem jest fragment, który wywołał u jednej Pani okrzyk: „o Jezus Maria, za żadne skarby tam nie wejdę”, ale chwilę później przeszła tamtędy czeska rodzina z dziećmi z lekkim porażeniem mózgowym, więc naprawdę da się przy odrobinie wysiłku. Polana Olczyska stanowiła niegdyś centrum Hali Olczysko, która w XVIII wieku należała do górali z Białego Dunajca. Stało na niej wtedy około 20 budynków, z których do obecnych czasów zachowały się trzy. Tak przynajmniej wyczytaliśmy w internecie, sami minęliśmy jedną chałupę i nie mamy pojęcia, gdzie się schowały pozostałe dwie. Dziś wydaje się, że budynki musiały stać naprawdę blisko siebie, ale to tylko wrażenie. Polana od tamtych czasów zdążyła mocno zarosnąć i, co za tym idzie, jest teraz znacznie mniejsza. Na Polanie znów mamy do podjęcia decyzję: powrót – jak zakładaliśmy początkowo – zielonym szlakiem do Jaszczurówki, albo – i na taką opcję się zdecydowaliśmy – podejście na Wielki Kopieniec (1328 m Wydawało się, że to bardzo łatwa rzecz po zdobyciu Nosala – podobna różnica wysokości (280 m, bo Polana jest na wysokości 1048 m ale drugi szczyt tego samego dnia był dla nas dalej i wyżej niż się spodziewaliśmy. Za to, ku naszemu zaskoczeniu, dzieciaki zniosły tę część trasy zdecydowanie dzielniej niż wejście na Nosal. Sam Wielki Kopieniec można ominąć idąc wprost na Polanę Kopieniec, my jednak uznaliśmy, że skoro już tu jesteśmy, to szkoda by było nie zdobyć drugiego tego dnia szczytu. Od Polany Olczyskiej to jakieś 40-50 minut dość intensywnego podejścia i dodatkowe 10 minut wspinaczki na sam szczyt – to ta część, którą można pominąć, ale zdecydowanie polecamy zacisnąć zęby, otrzeć pot z czoła i wdrapać się na Wielki Kopieniec. Widoki są fenomenalne a ludzi zdecydowanie mniej niż na Nosalu. Dalej było już z górki, i to dosłownie. Przez Polanę Kopieniec zielonym szlakiem zeszliśmy do Toporowej Cyrhli, gdzie na swojej pętli czekał na nas autobus linii „11”. Odjechał ledwie kilka minut później, prawie zgodnie z rozkładem. Przez chwilę nawet pomyśleliśmy, że kupno tygodniowego biletu rodzinnego i oparcie swoim podróży po Zakopanem na publicznym transporcie nie było takim złym pomysłem. Ale kilka kolejnych dni miało nam pokazać, że tu się jednak myliliśmy. Zanim jeszcze zeszliśmy do Cyrhli, po drodze kupiliśmy Maćkowi i Kalinie w budce TPN książeczki GOT czyli Górskiej Odznaki Turystycznej. Na początku udawali, że zupełnie im nie zależy na punktach, i wcale nie zamierzają wracać w góry, jednak już pod koniec wyjazdu domagali się zdobycia ostatnich punktów dzielących ich od pierwszej odznaki, a żal, że nie wróciliśmy do wejścia na szlak na Nosal po pieczątkę pozostał w nich do dzisiaj. Więcej o tym czym jest GOT i jak zdobywać odznaki przeczytacie w naszym poprzednim wpisie. Jeśli ominęliście bacówkę w Kuźnicach, to możecie nadrobić oscypkowe braki tuż przed zejściem ze szlaku w Cyrhli. Jest tam bacówka, ale mimo że mijaliśmy ją w czasie tego wyjazdu dwukrotnie (drugi raz wracając z Rusinowej Polany), to jakoś ani razu się w niej nie zatrzymaliśmy. Gdybyście tam zajrzeli, to podzielcie się w komentarzach wrażeniami! Trasa: Murowanica – Toporowa Cyrhla | Za gościnę w Zakopanem dziękujemy Golden Vacation Club należącym do Holiday Travel Center – firmy z ponad 20-letnim doświadczeniem w oferowaniu produktów wakacyjnych najwyższej jakości.
Zaczynałam tak... Za oknami leje deszcz. Październik się skończył i wkroczyliśmy w jesienny na maxa listopad. Wojtek od dwóch tygodni choruje, pojawiły się szmery w płucach. Nie uda się wspólny spacer, może kijki wypalą jak nie do lasu, to chociaż osiedlowymi opłotkami. A jeszcze nie tak dawno chodziłam górskimi ścieżkami. Teraz jest już końcówka grudnia i wciąż leje. Ja wciąż piszę i piszę i końca nie widać. Sytuacja zdrowotna Wojtka delikatnie mówiąc SUCKS! Po antybiotykach przyszły sterydy, po sterydach przyszedł szpital. Przesiedzieliśmy tam 10 dni i nadal, pomimo badań wszelkich i wszelakich, nie znaleziono przyczyny jego nieustającej gorączki. Ani żadne pasożyty, ani borelioza, ani nic. OB i CRP normalne, jakby nie było żadnej infekcji. Podstawowe badania zlecone przez immunologa w normie, żadnych antygenów nie stwierdzono. W sumie należy się cieszyć. Niemniej jednak pochodzenie jego gorączki nadal nie jest wyjaśnione. Do tego wszystkiego Opel padł, stoi u mechanika z wybebeszonym silnikiem, czekając na wymianę. Passat też padł, ale po wymianie pompo-wtrysków śmiga aż miło. Kasy poszło dużo, za dużo. Trochę narobiliśmy sobie długów u rodziców Tomka, co zważywszy na czekający nas remont łazienki na dole i komunię Filipa nie nastraja optymistycznie. A wisienką na torcie jest to, że coś się popsuło w programie edytującym zdjęcia picmonkey i muszę korzystać z jakiegoś fotora, którego za nic nie czuję. Potrzebuję jakiegoś pozytywu w moim życiu. Może te górskie reminiscencje coś dadzą...A więc...kolejne podejście... O poranku, następnego dnia po nieudanej wycieczce na Kasprowy powitały mnie dwie cukrówki i spowity chmurami Giewont. Chłopcy spali, a ja z kawą w dłoni chciwie chłonęłam ciszę, poranny chłód i luksus bycia sam na sam z sobą. Czułam, że będzie to dobry dzień na Kasprowy i że dziś znajdziemy się na jego szczycie. Przed kasą TPN w Murowańcu stanęliśmy ok po czym ruszyliśmy ku Jaworzynce. Początek trasy był bardzo spokojny, w końcu szliśmy doliną. Piękną doliną, dodam. Cichą, spokojną, skąpaną w słońcu i z przecudownymi widokami na Boczań, Skupniów Upłaz czy Kopy Królowej, Małą i Dużą i inne. Okoliczności przyrody wpływały na mnie na tyle kojąco, że nawet słowno - fizyczne potyczki Wojtka i Filipa mnie nie tykały. Szłam ponad tym. Droga doliną szybko się skończyła i wkrótce zaczęliśmy się piąć pod górę. Wciąż było pięknie, na szlaku co jakiś czas pojawiali się ludzie. Uśmiech, skinienie głową, życzliwe "dzień dobry". Dzień wcześniej jak wszem i wobec wiadomo nasze plany pokrzyżował nam deszcz, dlatego tym razem byliśmy przygotowani też pod względem meteorologicznym. Przeanalizowaliśmy kilka prognoz pogody i wypadło, że mniej więcej o 11 zacznie przelotnie, choć intensywnie padać. Oznaczało to, że około tej godziny musimy być w Murowańcu. I rzeczywiście nasza analiza okazała się trafna, pierwsze krople spadły na nas w okolicach "Betlejemki", a wpadając do Murowańca zostawiliśmy ścianę deszczu za drzwiami. Trochę żałowałam tego truchtu przez Halę Gąsienicową, gdyż ominęło nas sporo pięknych widoków. Wewnątrz Murowańca panowały dzikie tłumy, ale kawałek podłogi zawsze się znajdzie. O rany jak było przyjemnie... i ta podłoga taka wygodna, i ta szarlotka najpyszniejsza, pod warunkiem, że z kawą z ekspresu i ten nie napędzany stresem gwar i hałas rozmów dokoła. Nawet gumowate frytki nie spaskudziły atmosfery. 45 minut później, kiedy deszcz ustąpił, a słońce nieśmiało wyjrzało zza chmur, ruszyliśmy dalej ku spowitemu chmurami szczytowi. Od Murowańca żółty szlak wije się pod górę, na początek łagodnie, potem im bliżej Kasprowego tym stromiej. Mimo to, idzie się naprawdę łatwo ścieżką wyściełaną kamlotami, po bokach porośniętą dywanem z kosodrzewiny. Co jakiś czas od głównego szlaku odbijają ścieżki na Czerwony Staw Gąsienicowy, Przełęcz Świnicką czy Przełęcz Liliowe. Widoki na Tatry Wysokie są przepiękne, między innymi na Kościelec, Zawrat, Świnicę - szczyty poza moim zasięgiem. Przynajmniej podczas tych wakacji. Wciąż daleko... Wczoraj niedźwiedź, dziś kozice. W końcu doszliśmy. Kasprowy był nasz i dziesiątków innych turystów, głównie chyba tych z kolejki linowej. Zdecydowaliśmy się więc na piknik na samym szczycie. Bardzo szybkim jak na nasze możliwości, ponieważ wietrzna pogoda nie pozwalała na nic więcej jak kanapkę i kubek gorącej herbaty. Zielonym szlakiem poszliśmy w dół, chyba jako jedyni. Wydaje mi się, że jednak większość turystów wybiera szlak zielony, aby wejść na Kasprowy niż z niego zejść. A mi w to graj! Naprawdę lepiej na Kasprowy wejść niż wjechać. Jakaś trąba powietrzna tędy przeszła? Kasprowy Potok (??) Ten dzień miał być ostatnim dniem "chodzenia", następny mieliśmy spędzić w termach i jazda do domu. Choć cichcem próbowałam przemycić "a może jednak pójdziemy gdzieś w góry jutro", to musiałam skapitulować, spotkawszy się z bardzo stanowczym oporem Trzech - "OBIECAŁAŚ!" W Bani też było dobrze. I tak dobrnęłam do końca tego najdłużej pisanego przeze mnie postu - 3 miesiące z hakiem. Dobrze, że wyrobiłam się przed końcem tego roku. Za oknem szaro, buro i ani grama śniegu. Temperatury na plusie. Nie pamiętam kiedy ostatnio były białe Święta.
wejscie na kasprowy z dzieckiem